Joanna, uczennica

Japonia, lato 2005

Od wielu już lat Youth For Understanding Polska współpracuje z moją szkołą, angażując nauczycieli, rodziców i uczniów. Młodzież wyjeżdża na roczne wymiany m.in. do Niemiec, Szwajcarii i USA, mieszkając w domach rodzin i chodząc do tamtejszych szkół. W 2005 r. po raz pierwszy YFU Polska nawiązało kontakt z Japonią. No i trafiło na mnie. Zainteresowania związane z tym krajem i komunikatywna znajomość języka angielskiego to jedne z kryteriów, które musiałam spełnić, by móc spędzić pięć wspaniałych tygodni w kraju kwitnącej wiśni, podczas wymiany krótkoterminowej. Gdyby ktoś zastanawiał się, co Japończycy robią z wiśniami, odpowiadam: większość z nich jest niejadalna, pozostałą część marynują i dodają jako kwaśno-pikantny dodatek m.in. do ryżu.

Wracając do spraw organizacyjnych, muszę wspomnieć, że to japońskie MSZ i tamtejszy oddział YFU zaprosiły, z okazji pierwszych urodzin rozszerzonej UE, przedstawicieli 21 państw europejskich. Pobyt miał miejsce na przełomie lipca i sierpnia. Naszą międzynarodową grupą wylecieliśmy z Amsterdamu i po skromnych 13 godzinach wylądowaliśmy w Tokio. Byliśmy tam dwa dni w byłej wiosce olimpijskiej, spędzając czas na autokarowych wycieczkach i integrowaniu się oraz na spotkaniu z przedstawicielami naszych sponsorów, w siedzibie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Opowiadaliśmy o sobie i dziękowaliśmy za możliwość spędzenia naszych wakacji właśnie w Japonii. Proszę jednak nie sądzić, że był to wyjazd wyłącznie turystyczny. Wszyscy pracowaliśmy ciężko przez cały ten pobyt, chcąc zauważyć, zapamiętać jak najwięcej. Nikt nie pozwalał sobie na rozpustę leniwego bycia, tylko wytężał całą swoją spostrzegawczość. Nie można było przecież inaczej.

Następnie każdy z nas wyruszył do swojej rodziny, której członkiem miał się stać przez najbliższe tygodnie. Ponieważ państwo Nakahara mieszkali na wyspie Kiusiu, nie otrzymałam biletu na pociąg, jak niektórzy szczęśliwcy, ale na kolejny samolot, ku radości mojego zdezorientowanego jeszcze błędnika. Po dwóch godzinach, emocjonujące spotkanie na lotnisku w Fukuoce. Witano mnie głośno, z transparentami i w atmosferze ogólnego zainteresowania ze strony podróżnych. Bowiem jak się później okazało, w tym regionie Japonii nie było wielu Białych, a przynajmniej dużo mniej niż w środkowej jego części, głównie w stolicy i okolicach. Tak więc po serdecznym powitaniu, które dodało otuchy, pojechaliśmy… do domu.

A dom był piękny, przestronny, proszę nie myśleć, że mała klitka, choć kawalerki w wielkomiejskich wieżowcach rzeczywiście tak można zdefiniować. Dane mi jednak było mieszkać w małym miasteczku (ok. 60 tys. mieszkańców). Zaznaczam, że „małe miasteczko” użyte zostało w rozumieniu japońskim. A tam przeważały znane z telewizji i zdjęć charakterystyczne domy.

Moja rodzina była równie okazała. Rodzice, dwie siostry i brat mieszkający w Tokio. Jeśli chodzi o język, to było całkiem dobrze. Mama ukończyła kurs angielskiego. Choć Shiho i Mutsumi (siostry) były sporo starsze, rozumiałyśmy się bardzo dobrze. Niestety z tatą rozmawiałam przez pozostałych członków rodziny albo… po japońsku. Ten wyjazd naprawdę uświadomił mi, że dla chcącego nic trudnego. Przypomina mi się w tym momencie pewne zdarzenie, kiedy to w wyniku nieporozumienia (mój japoński jest „minimalnie zaawansowany”) umówiłam się z siostrą w mieście w taki sposób, że miałam wolną całą godzinę. Siedziałam więc na przytulnym murku, popijając coś ożywiającego w upalny dzień, kiedy nagle przysiadł się do mnie starszy pan. Zaczęła się „rozmowa”. Nie znał angielskiego, o swoim japońskim już pisałam, ale w dziwny, nie wiadomo jaki sposób, porozumiewaliśmy się. Konwersację pan urozmaicał podchodząc raz po raz do zaparkowanego obok motoru, z którego wyjmował przeróżne cuda. Od cukierków z wodorostów po kolagen w płynie, które miały mi zapewnić zdrowie i piękną cerę na długie lata. Podczas próbowania tego wszystkiego wewnętrzny głos już nie krzyczał, a zamienił się w prawdziwą syrenę. Przed oczami miałam straszne wizje, co się ze mną po tym wszystkim stanie i czego ten pan właściwie chce. Polska przezorność okazała się w tym przypadku niepotrzebna, jako że ani się nie obejrzałam jak w miłym towarzystwie minęła ta godzina, po której pan się pożegnał i odjechał na swoim motorze. Skutków ubocznych nie było.

Wiele razy jeszcze Japończycy zaskakiwali mnie swoją otwartością i bezpośredniością. Tak było np. w szkole, gdzie chodziłam przez pięć dni. Niesamowite doświadczenie, choć przyznam, że bywało ciężko ze względu na pogodę, jaka wtedy panowała. Pora deszczowa wydawać by się mogła karą dla tego kraju, nie wiem co prawda za co, ale nie można znaleźć żadnego pozytywnego przymiotnika dla tej pory. Noce są zazwyczaj nieprzespane z powodu duchoty, rano trzeba wstać, bo o 7.45 zaczynają się zajęcia. Lekcje w salach, w których powietrze się nie rusza, trwają do godz. 16.00. Później 15 minut na sprzątanie szkoły, w które zaangażowani są wszyscy uczniowie, i zaczynają się tzw. kluby, czyli zajęcia pozalekcyjne, w których wszyscy uczestniczą. Do wyboru były basen, gry zespołowe, tenis, lekkoatletyka, kendo, kaligrafia i klub muzyczny. Koniec szkoły ok. 19.00.

 

 

Dzień mijał jednak zaskakująco szybko. Koledzy i koleżanki jak też nauczyciele byli niezwykle mili i pomocni. Wszyscy mieli wiele pytań dotyczących Polski, informowano mnie, o czym była mowa na lekcji, dostawałam też materiały dodatkowe jak np. budowę pantofelka, po japońsku oczywiście. Miło wspominam wspólne przerwy śniadaniowe, kiedy siadaliśmy w kółku i konsumowaliśmy pałeczkami ze swoich małych pudełeczek. Ja byłam najedzona najbardziej, bo za każdym razem ktoś częstował mnie jakimś specjałem. Poza tym szkoła niewiele różni się od naszej. Najbardziej chyba istotną różnicą jest podejście do niej. U nas szkoła to tylko część życia, ważna, ale każdy, przynajmniej wśród starszych, ma własne sprawy, które go zajmują. Tam życie młodzieży obraca się wokół szkoły, która jest dla nich miejscem nauki, zabawy, sposobem na spędzenie czasu. Brak tam indywidualistów, ale atmosfera chyba jest zdrowsza. To w każdym razie tylko opinia poczyniona na podstawie stosunkowo krótkiej obserwacji. Dobrze byłoby zatem polecieć jeszcze raz w celu dokładniejszej diagnozy…

A wracać jest do czego. Kultura, architektura nie przypominające polskich. Świątynie shinto wkomponowane w miejską zabudowę, zieleń na dachach wieżowców są przykładem niezwykłej umiejętności Japończyków przystosowywania się do zmian, zachowując przy tym wszystkie cechy niepowtarzalności i charakter danych miejsc, rzeczy. To cudowne kombinatorstwo obecne jest w niemal wszystkich dziedzinach życia.

Różne aspekty tego życia poznać mogłam dzięki atrakcjom, jakie zapewniała mi moja rodzina. Po pierwsze, uczestnictwo w miejscowych świętach jak np. Hanabi, czyli ponad godzinny pokaz sztucznych ogni, albo Yamakasa – wyścigi kuso odzianych panów, zebranych w drużyny z różnych części miasta, dźwigających na barkach platformy ważące ok. tony, barwnie przystrojone, z figurami legendarnych bohaterów. Mimo wczesnej pory, festiwal rozpoczyna się o piątej nad ranem, przybywają rzesze kibiców, wypełniających falujące od wachlarzów trybuny, jak też ranne ptaszki – telewidzowie oglądający transmisję na żywo. Niezapomniane były też lekcje kaligrafii i kendo, choć w tym przypadku byłam raczej obserwatorem niż uczestnikiem. Za to spróbowałam swoich sił w strzelaniu z łuku. Jak na przyspieszony, dwugodzinny kurs, trener chyba był zadowolony. Dwa różne ceremoniały parzenia herbaty, oba wymagające jednak dużo uwagi i skupienia. Niestety, aby móc tego dokonać „publicznie” trzeba mieć kilkuletnią praktykę. Zadowoliłam się więc piciem, nie narzekając ani trochę. Układanie kompozycji kwiatowych, ikebana, to świetne zajęcie relaksacyjne, a kimono, wbrew temu, co wydawało mi się wcześniej, jest bardzo wygodne. Inną, bardzo interesującą atrakcją były zaproszenia znajomych rodziny do ich domów. Chcieli poznać mnie i mój kraj bliżej, jako że, muszę to powiedzieć, większość ludzi, których spotkałam wiedziała gdzie Polska leży, jakie miasto jest stolicą i znała wątek historyczny związany z Solidarnością.

Ale w końcu przyszedł czas odjazdu. Trudno było się ze wszystkimi i ze wszystkim pożegnać. Mimo rozstania z moim „rodzinnym” miasteczkiem, to jeszcze nie był koniec pobytu w Japonii. Wszyscy Europejczycy przyjechali do Hiroszimy, która była pierwszym miastem przez nas zwiedzanym, w trakcie naszych wspólnych, końcowych wojażów po kraju. Byliśmy tam akurat na dwa dni przed obchodami rocznicy bombardowania miasta w 1945 r. Przed Muzeum Pokoju i w Parku Pokoju odbywały się manifestacje przeciw wojnom i użyciu broni jądrowej, w których brali udział w przeważającej części Amerykanie, ale też przyjezdni z innych krajów. Ta międzynarodowa mieszanka, wygłaszała swoje racje, przy okazjonalnych oklaskach przechodniów, obok grupy mnichów, modlących się nieopodal w tej samej intencji. Hiroszima to miejsce szczególnej jedności międzyludzkiej. Obecne wszędzie papierowe ptaszki, przysyłane wciąż do miasta zarówno przez Japończyków jak i przez ludzi z najdalszych zakątków świata, są wyrazem współczucia i podtrzymywania nadziei. Tradycja miała początek w przekonaniu małej dziewczynki, dotkniętej chorobą popromienną. Jako że w kulturze japońskiej ptaszek ten jest symbolem szczęścia i nadziei, wierzyła, że jeśli będzie miała ich dużo, na pewno wyzdrowieje. Niestety, nie żyła już długo, jednak ludzie dotknięci jej losem jak również tysięcy innych dzieci, które ucierpiały w wyniku katastrofy, ślą łańcuchy papierowych figurek po dziś dzień. Również w Nagasaki, dokąd zabrała mnie wcześniej siostra, panowała podniosła atmosfera, w oczekiwaniu na uroczystości związane z podobną rocznicą jak w Hiroszimie, tylko dwa dni później.

Kolejne dni upłynęły w weselszej aurze zwiedzania Nary i Kioto. Świątynie buddyjskie, siedziby szogunów, przepiękne ogrody oraz spotkanie z prawdziwa gejszą w dzielnicy Kioto, Gion, ostatnim właściwie miejscu ich bytowania, były pięknym zakończeniem tej przygody. Choć tak naprawdę, Japonia zgotowała nam istne show podczas ostatniej nocy. Wbrew, co prawda, regule Hitchcocka, trzęsienie ziemi w naszym wypadku zaserwowano na koniec.

Tekst oryginalny